bez tytułu, 1997
Malarstwo jest dla Leona Tarasewicza wartością samą w sobie, a malowanie ma dla niego wymiar nie tylko poznawczy, ale także etyczny. Na drodze konsekwentnych poszukiwań artysta całkowicie oczyścił pole swoich prac z elementów mogących sugerować odniesienia do rzeczywistości. Istotnym źródłem inspiracji jest dla niego natura, której własności stara się oddać w malarskim języku barwy, światła i faktury. Elementy kształtujące malarskość dzieła są dla niego niezmiennymi wartościami, które stanowią o jego estetycznej, ekspresywnej i poznawczej stronie.
W przypadku prac Tarasewicza trudno nawet mówić o obrazach w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, bo nie o malowanie obrazów chodzi artyście, a o malarstwo w całym jego rozległym spectrum. To, co artysta daje odbiorcy na ograniczonym blejtramie, czy w przestrzeni – bo realizacje Tarasewicza to nie tylko płótna czy tablice, ale także całe wnętrza pochłonięte migotliwymi barwami – to jedynie fragment nieskończonej, totalnej struktury, jaką jest malarstwo. Zasada pars pro toto – część w miejsce całości – przy właściwym artyście rozumieniu malarstwa, stanowi jedyną możliwą figurę wglądu w jego tajemnicę.
„Bez tytułu” nie jest bynajmniej tytułem nadanym dziełu przez artystę. Dyptyk po prostu nie ma tytułu. Jest samym sobą, a wszelkie formuły mające służyć werbalizacji jego natury okazują się niewystarczające. Tarasewicz unika słów i literackich komentarzy. W relacji z odbiorcą malarstwo ma mówić samo za siebie, przemawiać do zmysłów, a do nie intelektu, choć ten ostatni, na skutek oświeceniowej tradycji rozumienia i opisywania sztuki, trudno dzisiaj wyłączyć w kontakcie dziełem. Malowidło Tarasewicza oddziałuje malarskim gestem, jego zamaszystością lub skromnością, światłem barwy, plastycznością faktury, aktem tworzenia dzieła. Artyście ciągle bliska wydaje się być klasyczna triada prawdy, dobra i piękna, która zawiera się w autentyzmie jego dzieł, prawdzie, dobru i pięknu, które z szacunkiem i pokorą odkrywa w malarstwie.
Izabela Kopania